Kiedy 12 sierpnia 1916 roku dwudziestodwuletni Rea Lentz podprowadzał swój samochód na linię startu, niewielu stawiało na jego sukces.
W stawce nie brakowało potężnych fabrycznych konstrukcji o ugruntowanej reputacji, prowadzonych przez zaprawionych w bojach kierowców wyścigowych. Na ich tle maszyna Lentza wyglądała osobliwie. Romano Demon Special — albo po prostu Romano Special — był najmniejszym samochodem całego wyścigu: hybrydą starego osobowego podwozia i silnika wyjętego z samolotu. A jednak to właśnie ten mechaniczny potworek jako jedyny złamał tego dnia barierę 21 minut i uczynił swojego kierowcę pierwszym zwycięzcą Wyścigu do Chmur.
Pojazd Lentza był wczesną inżynierią garażową w najczystszej postaci: tam, gdzie brakowało technologii, wstawiano fantazję i odwagę. Za bazę posłużyło podwozie Oaklanda z 1913 roku, maksymalnie skrócone i odchudzone ze wszystkiego, co dało się odkręcić. O sile auta decydowało jednak to, co Lentz i konstruktor pojazdu, Jean Romano, upchnęli pod maską.
Zamiast standardowego silnika samochodowego wybrali rozwiązanie ekstremalne: ośmiocylindrową jednostkę lotniczą Curtiss V8, projektowaną z myślą o wczesnych dwupłatowcach. Współczesne relacje prasowe podawały jej moc różnie — od około stu do nawet stu siedemdziesięciu koni — o przewadze auta decydowała jednak nie sama liczba, lecz pochodzenie silnika.
Silnik lotniczy miał przy tym na Pikes Peak zaletę, o której rywale mogli tylko marzyć: został stworzony do pracy na dużych wysokościach. Znacznie łagodniej niż jednostki samochodowe znosił spadek ciśnienia i rozrzedzone powietrze. Tam, gdzie inne auta traciły oddech i zwalniały, Curtiss w Romano Special ryczał bez zakłóceń i pchał lekki bolid w górę.
Sam przejazd był popisem brawury. Mały samochód na wąskich, drewnianych kołach z trudem trzymał się szutru; Lentz niemal bez przerwy kontrował kierownicą, prowadząc auto w kontrolowanych poślizgach wzdłuż krawędzi przepaści, w chmurach kurzu, przy ogłuszającym ryku lotniczego silnika.
Na mecie stoper zatrzymał się na 20 minutach i 55,6 sekundy. Średnia prędkość: niecałe 60 km/h. Dziś brzmi to jak tempo spacerowe — w 1916 roku, na nieogrodzonej szutrowej drodze nad przepaściami, był to wyczyn graniczący z szaleństwem. W finałowej walce o Penrose Trophy Lentz wyprzedził Ralpha Mulforda o około 45 sekund. Co ciekawe, Mulford ustanowił tego samego weekendu wyraźnie szybszy czas — 18 minut i 24,7 sekundy — w osobnym przejeździe, przez co część rejestrów historycznych to właśnie jego wymienia jako pierwszego zwycięzcę góry.
Triumf przyniósł dwudziestodwulatkowi ogromną sławę i 2000 dolarów w gotówce, równowartość dzisiejszych około 50 tysięcy. Najdziwniejsze w historii Rea Lentza jest jednak to, co wydarzyło się później. A ściślej: to, co się nie wydarzyło.
Po odebraniu nagrody i zapozowaniu do kilku pamiątkowych fotografii młody triumfator spakował swoje rzeczy, odebrał czek i nigdy więcej nie pojawił się na Pikes Peak. Wyścig stał się coroczną tradycją, kierowcy wracali na górę po kilkadziesiąt razy — Lentz poprzestał na jednym, historycznym starcie. Jedni twierdzili, że uznał ryzyko za zbyt wielkie. Inni — że osiągnął wszystko, czego chciał, i wolał odejść niepokonany.
Tak czy inaczej, Rea Lentz i jego Romano Demon Special przeszli do legendy jako dowód, że na Pikes Peak nie wygrywają najdroższe maszyny ani najgłośniejsze nazwiska. Wygrywa ten, kto połączy odwagę z mechaniczną inwencją — i utrzyma w ryzach lotniczą bestię na szutrowej drodze do chmur.